fot: twitter Górnik Zabrze

Drugim bohaterem serii „znani – zapomniani” jest piłkarz, który na naszym rodzimym podwórku zdobył mistrzostwo Polski oraz wygrał superpuchar w barwach Zagłębia Lubin – Michał Chałbiński.

 

Michał Chałbiński urodził się 16 października 1976 roku w Jastrzębiu Zdroju, tam też zaczynał swoją karierę. A dokąd udało mu się trafić? Dlaczego nie został zawodnikiem Schalke 04 Gelsenkirchen? Po czym ma do dzisiaj ślad? Tego wszystkiego można się dowiedzieć czytając cały tekst, łącznie z ciekawostkami (koniecznie!)

Do wywiadu proponuję włączyć sobie jeden z ulubionych utworów naszego gościa – utwór Enjoy the Silence zespołu Depeche Mode. Jak się skończy – można dodać jeszcze piosenkę Never let me down Again. A zatem, zapraszam.

 

Przeszłość

 

Panie Michale, jak wyglądały początki Pańskiej gry w zespołach seniora?

Zacząłem w Jastrzębiu, w miejscowym GKSie Jastrzębie, tam grałem przez trzy lata w juniorach. W wieku 17. lat dostałem zaproszenie na trening pierwszej drużyny i udało mi się zadebiutować w tym samym roku w pierwszej drużynie GKSu. Wiadomo jak to z przeskokiem: najpierw siedziałem na ławce, potem wchodziłem na końcówki, następnie dostawałem więcej minut. Dobrą swoją grą wywalczyłem sobie miejsce w podstawowym składzie zespołu – w 13 meczach strzeliłem dobrych kilkanaście goli. Po jednym ze spotkań dostałem pozwolenie żeby pojechać i znaleźć sobie klub w Niemczech – odbyło się to po rozmowie managera z trenerem z Jastrzębia. Manager ten utrzymywał, że ma dla mnie propozycję z Belgii, z trzeciej ligi. Pojechałem tam na testy na jakieś trzy – cztery tygodnie. Na miejscu okazało się, że testować mnie chciał nie zespół z III ligi a z II ligi. Zagrałem w Berlingen bardzo dobrze, w meczu spodobałem się prezesowi i doszło do podpisania kontraktu. Musiałem niestety poczekać trzy tygodnie, gdyż prezes klubu pojechał do Stanów Zjednoczonych. Mój manager szukał dla mnie dalej jednak klubu, byłem nawet na testach w Schalke 04. Miałem tam trafić na początku do drużyny rezerw. Trener rezerw był mną zainteresowany i chciał podpisać ze mną kontrakt, ale wówczas głos decydujący miał trener pierwszego zespołu i, ku mojemu zaskoczeniu, transfer został zablokowany. Nie doszło do niego przez człowieka, który nigdy nie widział mnie na oczy, wolał on jednak stawiać na wychowanków. W międzyczasie wrócił prezes Berlingen. Wróciłem do Jastrzębia żeby się spakować, ale klub zdecydował, że jakikolwiek transfer musiałby być gotówkowy, ich nie było na to stać, więc ostatecznie zostałem w Jastrzębiu. Paradoksalnie bardzo mi to pomogło, gdyż w całej Polsce zrobił się trochę „boom” na moją osobę, dostałem bardzo dużo propozycji z ówczesnej pierwszej i drugiej ligi [dzisiejsza Ekstraklasa i I liga, przyp. red.]

 

Czyli niewiele brakowało a byłby pan zawodnikiem Schalke 04?

W sumie można tak powiedzieć[, niestety nie pamiętam który to trener zablokował mój transfer. Który to mógł być rok? 1994? Może 1993? Nie pamiętam już.

 

Zwiedził Pan wiele klubów, szczególnie w południowych regionach: Odra Wodzisław, Włókniarz Kietrz, Górnik Zabrze, Piast Gliwice… były też oczywiście kluby z innych regionów. Jak wyglądało takie przyjęcie do zespołu?

Oczywiście że coś takiego było, zazwyczaj to wyglądało tak, że się występowało przed całym zespołem, przedstawiało się, prosiło się o przyjęcie do drużyny i trzeba było wykonać jakieś zadanie, ogólnie przy tym była zawsze ogromna ilość śmiechu: opowiedzieć jakąś historyjkę, kawał czy zaśpiewać piosenkę.

 

Najlepszy mecz w pańskiej karierze?

Kurcze, trochę ich było (śmiech). Myślę, że najbardziej emocjonujący mecz był gdy grałem w Odrze Wodzisław. Graliśmy ze Szczakowianką, po pierwszej połowie prowadziliśmy 1:0, trener wprowadził mnie wtedy w drugiej połowie. Koło 70. minuty Szczakowianka wyrównała, w 85. minucie strzeliła bramkę na 1:2, a ja w doliczonym czasie gry strzeliłem dwie bramki i ostatecznie to Odra wygrała 3:2, więc to mecz który jest w pamięci. Ale absolutnie nie twierdzę, że to był mój najlepszy mecz, wydaje mi się że te najlepsze rozgrywałem w Zagłębiu Lubin, z którym zdobyłem mistrzostwo Polski i strzeliłem bardzo wiele ważnych bramek. Grałem też dobre mecze w Górniku Zabrze, był to wówczas klub zbudowany na młodzieży – Marek Koźmiński był wtedy właścicielem, jego ojciec był prezesem, i mieli taką wizję by mieć zespół złożony zarówno z kilku nas, doświadczonych zawodników, jak i młodych chłopaków. Oczywiście cel był wówczas prosty – ściągnąć, wypromować i sprzedać. Uważam, że utrzymanie Górnika w tamtym czasie to jak zdobycie mistrzostwa. Trafiły mi się tam też fajne mecze.

Graliśmy w Pucharze Polski z Legią Warszawa, prowadziliśmy 2:1, udało mi się strzelić dwie bramki Arturowi Borucowi, ale odpadliśmy w rzutach karnych. To był wówczas dwumecz, pierwszy mecz Legia wygrała u siebie 1:0, w drugim spotkaniu w Zabrzu prowadziliśmy w takim samym stosunku i sędzia nakazał dogrywkę. Tam najpierw Marek Saganowski strzelił bramkę na 1:1 a potem ja na 2:1. Było wtedy ogromne zamieszanie, bo niewiele osób wiedziało czy zasada goli na wyjeździe obowiązuje czy nie. Okazało się, że sędzia Antoni Fijarczyk był najlepiej przygotowany i mecz rozstrzygnęły rzuty karne, które przegraliśmy 2:3. Szczerze mówiąc, ja też byłem ogromnie zdziwiony że nie obowiązywała wtedy zasada bramki na wyjeździe.

 

Wspominał Pan, że grał Pan przeciwko Arturowi Borucowi. Przeciwko jakiemu słynnemu graczowi pan grał? Albo kogo słynnego miał pan w swojej drużynie?

Grałem przeciwko Robertowi Lewandowskiemu, on wtedy zaczynał swoją przygodę w Lechu Poznań a ja grałem w Polonii Warszawa. Pamiętam że wchodziłem wtedy po kontuzji, to był chyba Puchar Polski. Jeżeli chodzi o piłkarzy z którymi miałem przyjemność grać to chyba Łukasz Piszczek – zawodnik który osiągnął największy sukces, w końcu zdobył kilka razy mistrzostwo Niemiec, Puchar Niemiec, grał w finale Ligi Mistrzów. Grałem też w Odrze Wodzisław z naszym olimpijczykiem Rysiem Stańkiem.

 

Teraźniejszość

 

Przyszła taka refleksja w pewnym momencie, że trzeba zawiesić buty na kołku, że trzeba skończyć karierę. Jaka była pierwsza myśl po przebudzeniu?

Ja miałem trochę inaczej, bo przez pewien czas po prostu musiałem o piłce zapomnieć. Miałem tego dość, miałem też tyle kontuzji, dużo bólu, oczekiwania wobec mnie były ogromne. Chciałem zawsze dawać z siebie sto procent, ale ciało powoli zaczęło odmawiać posłuszeństwa i nie umiałem sobie z tym poradzić. Oczekiwania wobec nazwiska były ogromne, czy to Piaście Gliwice czy w Polonii Warszawa, tam przecież przyszedłem po ciężkiej kontuzji – zerwaniu więzadeł krzyżowych. Pan Wojchechowski tego nie rozumiał, przedłużył ze mną kontrakt i miałem przez to trochę problemów. w Piaście też po dwóch miesiącach kontuzja, znowu walka o powrót do składu, znowu problemy.
Ostatnie dwa lata były dla mnie zupełnie nieudane, ze względów pozasportowych w Polonii, a w Piaście ze względu na problemy z kontuzjami.

 

Czy doświadczył Pan jakichkolwiek problemów po zakończeniu kariery? Czy miałby Pan jakieś rady dla aktualnie grających piłkarzy?

Każdy kto zaczyna grać już dzisiaj musi myśleć o tym by oszczędzać pieniądze, by inwestować je dobrze. Nie w auta, tylko na przykład w nieruchomości, może spróbować jakiś przemyślany biznes. Lepiej jak stracą teraz, na samym początku, bo jeszcze będą mogli odzyskać część tych pieniędzy na boisku, aniżeli mieliby stracić te pieniądze po zakończeniu kariery – wtedy będzie dużo trudniej zarobić takie duże środki. Najlepiej na samym początku myśleć o tym co będą robić potem, przecież nie wszyscy grają nawet do 30 roku życia, kontuzje można złapać w każdej chwili i w tym samym momencie ta kariera może się zakończyć. Mam kolegów, którzy zerwali więzadła krzyżowe po trzy – cztery razy i ta ich kariera nie potoczyła się tak jakby chcieli, więc uważam że teraz już wszyscy powinni o tym myśleć.
Ja też z resztą popełniłem dużo błędów w swojej karierze i mogę powiedzieć tyle, że gdybym wiedział to co teraz, poszedłbym zupełnie inną drogą.
To co jeszcze mogę doradzić to to, że jak chcą być dobrymi piłkarzami to muszą z siebie dać sto procent. Teraz piłka jest inna niż dwadzieścia lat temu. Jeżeli chcesz osiągnąć sukces to musisz się udoskonalać cały czas zarówno indywidualnie jak i drużynowo.

Czy czegoś w swojej karierze Pan żałuje?

Żałuję, że nie zagrałem w reprezentacji Polski. Żałuję, że nie mam tego jednego meczu z San Marino, Lichtensteinem, nieważne z kim, ale żeby założyć tą koszulkę z orzełkiem.

 

Myśli Pan o pracy w sporcie? Myślał Pan żeby zostać trenerem?

Na początku nie chciałem być trenerem, nie przekonywało mnie to, ale od jakiegoś czasu zaczyna mi to chodzić po głowie. Działałem jako manager,współpracuję cały czas z zawodnikami, którzy się do mnie zgłaszają, by im pomóc znaleźć klub. Zależy to oczywiście od ich pracy – manager jest tylko od możliwości „załatwienia” testów, nie wejdzie przecież na boisko. Niektórzy zawodnicy myślą, że wystarczy mieć takiego managera „z nazwiskiem” i będzie super, znajdzie mi fajny klub i będę tam grał. Ale trzeba pamiętać, że prędzej czy później boisko wszystko zweryfikuje, a niektórzy nie rozumieją, że to oni sami się muszą „sprzedać” na murawie.

 

To była ogromna przyjemność rozmawiać z panem, bardzo uprzejmie panu dziękuję za poświęcony czas

Również dziękuję. Cieszę się, że niektórzy o mnie jeszcze pamiętają

 

Ciekawostki od Michała Chałbińskiego:

Gdy dołączyłem do GKSu Katowice, dostałem od drużyny zadanie by zjechać na sankach z buli Wielkiej Krokwi w Zakopanem. No to co, wziąłem sanki, wszedłem dosyć wysoko (później się okazało że chłopaki chcieli bym zjechał z połowy zeskoku), a zjeżdżając się przewróciłem. Zacząłem się wtedy turlać po zeskoku i tak się turlałem, że mam śląd do dzisiaj po zdartej skórze.

 

Przypominam sobie też bardzo fajny czas, gdy wymyślaliśmy cieszynki grając w Odrze Wodzisław, brylował wtedy w tych cieszynkach Ś.P. Piotrek Rocki, i tak dobrze mu szło to wymyślanie że musiał kombinować przed każdym meczem coś nowego. Graliśmy z resztą wtedy bardzo dobrze w Wodzisławiu i było mnóstwo okazji do świętowania.

 

Robiliśmy oczywiście sobie w szatni numery, pamiętam że nie raz i nie dwa, gdy ktoś szedł pod prysznic, to zabieraliśmy mu kluczyki z auta i przeparkowaliśmy mu je, potem śmiechu nie było końca gdy chodził i szukał swojego samochodu. Mi też z resztą zrobili taką podmiankę. W szatni piłkarskiej zawsze jest jedna wielka szydera (śmiech)

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your name here
Please enter your comment!