Fot. PZPS

Dzisiaj zakończył się czwarty mecz w tegorocznej siatkarskiej Lidze Narodów. W ramach dzisiejszego spotkania reprezentacja Słowenii podejmowała kadrę Polski.

W dziesiejszym meczu Polacy zdecydowanie badzuej opornie rozpoczęli zmagania, niż to miało miejsce w poprzednich meczach tego zespołu. Nawet w porównaniu do piątkowego pojedynku z Holandią gra Polaków kulała, a to, co ostatnio w Antalyi było ostoją naszej drużyny – skuteczny blok – tym razem nie funkcjonowało kompletnie. Co więcej, Słoweńcy przygotowali się do obijania rąk blokujących, nasi nie mieli sposobu na niemal perfekcyjną skuteczność Sterna. Rywal pracował bardzo dobrze w przyjęciu, co ułatwiały nazbyt czytelne polskie zagrywki i ataki. Zresztą, w ataku atutów również Polakom brakowało: a to Bołądź w antenkę, a to Semeniuk frywolnie w aut. Gdy Słoweńcy wypracowali ponad pięć punktów przewagi, Nikola Grbić przerwał grę i z niedowierzaniem mówił swoim zawodnikom, że są zbyt bierni i ułatwiają zadanie, pozwalając rywalowi na pełną swobodę i granie swojego. Rozmowa i dwie zmiany zadziałały… na chwilę. Udało się z 12:18 dojść do 16:19 i wówczas o czas poprosił trener rywali. Finał należał jednak niezmiennie do Słowenii. Bez punktowej zagrywki, z przyjęciem poniżej 40 proc. i tylko dwoma blokami Polacy przegrali 20:25.

Już nie raz Polscy siatkarze pokazywali, że od dna, którego sięga się na początku meczu można skutecznie się odbić. W otwierających fragmentach drugiej odsłony Słowenia wytraciła nieco impet, a Biało-Czerwoni mieli solidne momenty. Gdy rywal odjechał na 12:9, Grbić natychmiast wezwał zawodników do siebie: oni atakują mocno? To my też! Zagrywka poprawiła się momentalnie, blok zadziałał i gra zaczęła wyglądać równiej, w dużej mierze Butrynowi. Podopieczni Gheorghe Cretu na kolejne punkty Polaków odpowiedzieli protestami i nerwami, więc trener szybko wezwał ich do siebie, przywracając rytm i (niestety) wysoką skuteczność. Gdy Słowenia miała 21:17, trener Grbić poprosił o przerwę, chcąc raz jeszcze dotrzeć do swoich podopiecznych. Przekaz był prosty: jeśli zrobicie technicznie to, co robicie na co dzień, to ich zabijecie. Niestety, wciąż bez działającej zagrywki, Polacy zdołali tylko odrobić dwa punkty do 21:23, gdy kolejny potężny atak Sterna dał piłkę setową. Przed trzema próbami skończenia Biało-Czerwoni się obronili, za czwartym razem padł punkt na 25:21, a tym samym kolejne setowe zwycięstwo mogli dopisać sobie Słoweńcy.

Choć trudno w to uwierzyć, dopiero po ponad godzinie Polacy mieli punkt prowadzenia, na początku trzeciego seta. Urnaut, Cebulj i Stern wciąż chcieli atakować, ale zadziałał polski serwis (po asie Bednorza było 7:5), zmieniając obraz gry. Niestety, rywale znad Adriatyku ponownie wrzucili wyższy bieg, a Toncek Stern pozostawał poza zasięgiem Biało-Czerwonych. W efekcie Na każdy punkt Polaków Słoweńcy zgarniali dwa. Z 10:10 zrobiło się 15:13, moment później 18:14 i mecz momentalnie uciekł. Wychodziło im już wszystko  kiwki Cebulja czy petardy Sterna. Nic więc dziwnego, że seta i mecz zakończyła punktowa zagrywka Cebulja przy wyniku 25:18.

Dzisiejszego dnia to Słowenia rozegrała koncertowo swój mecz, a w efekcie reprezentacja ta utrzymała prowadzenia w Lidze Narodów. Polacy natomiast na chwilę obecną znajdują się tuż za podium, na miejscu czwartym.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę podać swoje imię tutaj
Proszę wpisać swój komentarz!